Kto się boi ebooków? Kilka słów o tym jak to winda zagraża schodom

Opublikowane: 21 sierpnia 2012 | Aktualizacja: 21 sierpnia 2012 | Kategorie: Ebooki, Ebookowy rynek

"Dla książki Kindle stanowi takie samo zagrożenie jak winda dla schodów" - Stephen Fry

Kliknij aby powiększyć. Źródło: http://facebook.com/pulowerek

Dyskusja na temat zagrożeń jakie niosą ze sobą ebooki – dla nas, dla książki tradycyjnej, czasopism etc. – była być może uzasadniona kilka lat temu, gdy cyfrowe publikacje były czymś nowym i dla wielu  tematem zwyczajnie obcym. Czy jest ona równie uzasadniona dziś, w czasach gdy Amazon sprzedaje znacznie więcej e-książek niż ich papierowych odpowiedników? 

Jakiś czas temu w Gazecie Wyborczej ukazał się artykuł zestawiający dwa spojrzenia na temat e-czytelnictwa. Piszę o tym, gdyż o artykule owym, zatytułowanym „Spór o elektroniczne książki i przyszłość papieru„, na swoim facbookowym profilu przypomniało ostatnio Publio.pl.

Czytając tytuł nie spodziewałem się co prawda sporu, ale choćby jakiejś rzeczowej dyskusji. Zabrakło takowej, bo zabrakło argumentów; zwłaszcza po stronie Pana Wojciecha Orlińskiego, który w tym „sporze” występuje w roli obrońcy książki papierowej. A nawet gdyby kilka udało się wyłowić to były one co najmniej nietrafione.

Pan Wojciech podnosi na przykład kwestię całkowitego zastąpienia druku treściami cyfrowymi, co miałoby skutkować swobodnym dostępem do tych treści, a co za tym idzie  możliwością wprowadzania do nich nieograniczonych zmian, poprawek itd. Autorowi chodzi tu głównie o ważne dokumenty takie jak ustawy, konstytucja czy wszelkie inne zapisy prawne.

Nie wiem czy Pan Wojciech wiedział wtedy, że już właściwie większość dokumentów prawnych wydawanych przez państwo ma swoje elektroniczne wersje. Weźmy na przykład Dziennik Ustaw, który w wersji elektronicznej jest źródłem prawa i to już od dwóch lat. Mało tego, od początku 2012 roku nie publikuje się już jego wersji papierowej. Przy okazji polecam niekomercyjny projekt Czytnikowe Ustawy, gdzie możemy za darmo pobrać ustawy i inne dokumenty państwowe w wersji na czytniki.

Redaktor pisze dalej:

Dlaczego piszę to z tak ponurą miną? Bo historia uczy, że jeśli coś skutecznie działa, to w pierwszej kolejności ludzie władający tym światem będą próbowali to zastosować do utrwalenia swojej władzy.

Wynalazek druku przyniósł Europie absolutyzm, bo władcy mogli się porozumiewać z poddanymi bez pośrednictwa parlamentu. Słowo „gazeta” w tytule niniejszego pisma nawiązuje przecież do żurnalu „La Gazette”, który uruchomiono w Paryżu w roku 1631 z inicjatywy kardynała Richelieu; 18 lat po wydaniu jej pierwszego numeru paryski parlament był już spacyfikowany i nie odzyskał swej roli aż do rewolucji.

Aż chciałoby się zapytać: czy wynalezienie druku było zatem czymś złym i lepiej żeby Gutenberg wynalazł zupełnie niegroźną dla nikogo piłeczkę do ping-ponga?

Dalej jest jeszcze ciekawiej:

Tak samo było z innymi wynalazkami – koleją, telegrafem, telefonem czy rozszczepieniem jądra atomowego. Internet i telefony komórkowe pomagają teraz bliskowschodnim tyranom namierzać buntowników i naprowadzać pociski na budynki, w których pracują dziennikarze. Te lekcje skłaniają do pytania, ile lat nasze parlamentarne swobody przetrwają po ostatecznym porzuceniu papieru na rzecz e-booków i e-czasopism?

Wydaje się, że pozostaje nam jedynie cofnąć się do ery kamienia łupanego, zaszyć w jaskiniach i zakazać wszelkiej działalności podpadającej pod „wynalazczość”. Wszak wszystko może być wykorzystane przeciwko nam.

Nasze prawa jako obywateli są coś warte, tylko dopóki istnieją – jako ostateczna, niezmienna wersja – w postaci wydrukowanych książek, a my dysponujemy w miarę powszechną umiejętnością odnalezienia ich w tych książkach.

Na tej zasadzie moglibyśmy powiedzieć, że prawo do naszych oszczędności mamy tylko wtedy gdy znajdują się one w naszej skarpecie, a gdy są na koncie bankowym to już nie.

A może jednak groźne?

Wracając natomiast do Dziennika Ustaw na przykład to trzeba by zapytać kto miał do niego powszechny dostęp gdy wydawany był tylko w wersji papierowej? Kupić go było można tylko w dwóch punktach w Warszawie a subskrybcja była zdecydowanie za droga dla przeciętnego zjadacza chleba. Owszem, posiadały go różne instytucje publiczne, ale ciekaw jestem ilu obywateli rzeczywiście z nich korzystało?

Gdybym miał się doszukać czegoś w miarę sensownego w tej argumentacji to wymieniłbym  wskazane przez Pana Wojciecha niebezpieczeństwo łatwości wprowadzania zmian w takich elektronicznych dokumentach. Rzeczywiście łatwiej to zrobić niż w wersjach drukowanych, ale po pierwsze warto pamiętać, że dostęp do plików źródłowych nie jest dostępem powszechnym i niezwykle trudno taki dostęp byłoby uzyskać, a po drugie zmiany w wersjach papierowych wcale nie są czymś niemożliwym do wykonania.

Podsumowując, rzeczywiście jest tu pewne zagrożenie, ale jest ono nie większe niż w sytuacji gdy udostępniamy nasze dane różnym instytucjom, od banków zaczynając, a na sklepach internetowych kończąc. To jest cena, którą decydujemy się płacić za udogodnienia, które niesie ze sobą postęp technologiczny. Czy na pewno chcemy go zatrzymać? (No, może czasem naukowcy lekko przesadzają ;)

Gdzie ten spór?

Nie jeste moim celem krytykowanie Pana Wojciecha. Mam wrażenie, że padł on ofiarą swojej własnej gazety, która w owym czasie (i tak jest do dziś) dosyć mocno promuje ten temat w związku z mocnym wejściem Agory na rynek ebooków. Wiadomo – spory się sprzedają. Trzeba było i ten sprzedać. Problem tylko w tym, że tego sporu nie ma.

Owszem, możemy dyskutować nad indywidualnymi preferencjami, nad tym czy ktoś lubi zapach druku czy nie, czy lepiej się czyta na papierze czy e-papierze. Ale, koniec końców, są to nadal tylko, a może aż,  indywidualne preferencje czytelnika, a te bez wątpliwości będą się zmieniać. Już się zmieniają.

Jak długo jeszcze będziemy więc świadkami tego typu „sporów”? Pewnie dopóki, dopóty będą one ludzi intrygować, a mam wrażenie, że to nie potrwa długo. Jasne, popadanie w hurraoptymizm i zachwyt nad e-książkami to też nie jest najlepsze wyjście; pewna nutka sceptycyzmu jest zawsze potrzebna. Niemniej jednak, jak to mówi znane nam wszystkim przysłowie, „kijem Wisły nie zawrócisz”.

 

O autorze
Cześć! Z tej strony Mateusz. Piszę tu o połączeniu dwóch niezwykle interesujących dziedzinach, czyli technologii i czytelnictwie, które w niesamowity sposób łączą się w „nowym czytaniu”. Moje teksty znajdziesz także na noweczytanie.pl, a mnie na twitterze i .